Grałam U Zimermana
GW Toruń nr 32, wydanie byt z dnia 08/02/2000 KULTURA, str. 5Zimerman jest wymagający, ale praca z nim daje stuprocentową satysfakcję - mówi Agnieszka Czupryńska- Żarnoch. Altowiolistka Capelli Bydgostiensis grała w Polskiej Orkiestrze Festiwalowej powołanej przez Krystiana Zimermana. Wraz z 60-osobowym zespołem, złożonym z polskich muzyków, kilka miesięcy spędziła na tournee po Europie i Stanach Zjednoczonych. Zimerman stworzył Polską Orkiestrę Festiwalową z okazji obchodów Roku Chopinowskiego. Młodzi polscy muzycy wraz ze słynnym pianistą, w 40 miastach Europy i Stanów Zjednoczonych wykonywali koncerty fortepianowe Fryderyka Chopina. Zupełnie nowa interpretacja tych dzieł przeszła już do historii. Młodzi artyści zadali kłam obiegowym sądom, według których partia orkiestry w Chopinowskich koncertach jest nieudana i stanowi jedynie tło dla wirtuozowskich popisów solisty. W wykonaniu Polskiej Orkiestry Festiwalowej czarowała ona detalami, których próżno było szukać we wcześniejszych wykonaniach: Magdalena Piórek: W jaki sposób udało się wam osiągnąć taki efekt? Agnieszka Czupryńska-Żarnoch: Zimerman od początku wszystko dokładnie przemyślał. Jako pianista wiedział, w jaki sposób chciałby zagrać koncerty Chopina. Trudno jednak byłoby wytłumaczyć to dyrygentowi, a potem z kolei zespołowi. Dlatego chciał mieć własną orkiestrę, własny organizm, który realizowałby dokładnie to, co on sobie wymarzył. Muzyków nie dobierał przypadkowo. Wszystkich osobiście przesłuchiwał. Wybierał nie tylko dobrych instrumentalistów, ale takich, którzy pasowaliby do siebie brzmieniem. Zanim trafiłam do orkiestry Zimermana, byłam na recitalu jednego fagocisty, z którym później spotkaliśmy się w Polskiej Orkiestrze Festiwalowej. Zdziwiłam się, że gra podobnie do mnie - zarówno pod względem barwy czy interpretacji. Poza tym Zimerman dał sobie bardzo dużo czasu. Pracuję na co dzień w orkiestrze. Zwykle na przygotowanie programu do piątkowego koncertu mamy tydzień. Tutaj ćwiczyliśmy o wiele dłużej. Jak długo trwały przygotowania do koncertów? - Przede wszystkim nigdy nie ustawały. Na pierwszych próbach spotkaliśmy się w czerwcu w Konstancinie pod Warszawą. Wtedy Zimerman powiedział, jakie ma oczekiwania i co chce z nami zrobić. Potem rozjechaliśmy się do domów. Każdy miał przygotować swoją partię. Ponownie spotkaliśmy się w sierpniu już w Zabrzu. Tam były znowu próby i kolejne w Gdańsku, przed pierwszym koncertem. Ćwiczyliśmy po kilkanaście godzin dziennie. Było nas około 60 osób. Wcześniej się nie znaliśmy i nie graliśmy ze sobą, więc musieliśmy się zgrać. Zimerman pracował z nami nad każdym dźwiękiem. Ćwiczył wszystko taktami, a nawet nutami. To była mordęga. Po koncercie w Gdańsku myśleliśmy więc, że jesteśmy już świetni i więcej nie będzie trzeba ćwiczyć. Okazało się jednak, że nie. Od nowa zaczęliśmy tydzień prób. Teraz pracowaliśmy w celu nagrania płyty. Nasze życie sprowadzało się wówczas do koncertów, ciągłych prób i przejazdów. Myśleliśmy, że kiedy nagramy płytę, da nam wreszcie spokój. Ale on ciągle zmieniał koncepcję. Wychodziło coś zupełnie nowego. On miał w ręku tworzywo, poszukiwał ciągle nowych brzmień, ciągle coś nowego wpadało mu do głowy. Po nagraniu płyty myśleliśmy, że wreszcie nam odpuści. Ale niestety. I tak było na okrągło. Nigdy nie zdarzyło się, żebyśmy przestali pracować. Owszem było dobrze i Zimerman był zadowolony z efektów. Ale nie chciał zejść z poziomu, jaki osiągnęliśmy. Dzięki pracy utrzymywaliśmy poziom, nie cofaliśmy się i wszystkie koncerty były bardzo dobre. Bywały podczas ćwiczeń sytuacje stresujące? - Zimerman to profesjonalista i perfekcjonista. Zawsze musi być tak, jak on chce. Nie ma żadnego kompromisu. Albo jest tak, jak sobie wymyślił, albo droga wolna - pan, czy pani już tutaj nie gra. Był dla nas bardzo wymagający. Mnie jednak, i innych ludzi grających na instrumentach smyczkowych, raczej nie stresował. Inaczej może czuli się dęciacy. Mieli wiele solówek, a więc i większą odpowiedzialność. Mieli dużo dialogów z fortepianem, w które musieli wpasować się dokładnie tak, jak chciał Zimerman. To mogło być dla nich stresujące. Tyle razy to jednak powtarzali, że nawet gdyby się obudzili w środku nocy, zagraliby tak, jak chciał. Nie miałaś czasem dość tej ciężkiej pracy? - Z perspektywy czasu wcale nie była taka ciężka. Czasem bywały trudne chwile. Dawaliśmy sobie jednak radę, bo się wszyscy lubiliśmy. Stresy rozładowywaliśmy między sobą. Pomagaliśmy sobie nawzajem przetrwać, a przecież nigdy nie było tak, że wszyscy jednego dnia nie mieli humoru. Ogółem zagraliście koncerty w czterdziestu miastach Europy i Stanów Zjednoczonych, w tym dziesięć w Polsce. Które z nich zapamiętałaś szczególnie? - Pamiętam, jeszcze przed koncertami pojechaliśmy do Warszawy na zdjęcia. Tam odwiedziliśmy Jerzego Waldorffa, który dał nam błogosławieństwo na całe tournee. To było w dzień zaćmienia słońca. Najbardziej magiczny koncert natomiast przeżyłam w Paryżu. Graliśmy go dokładnie w rocznicę śmierci Chopina. Rano umówiliśmy się, że wszyscy pójdziemy na cmentarz złożyć kwiaty na grobie Chopina, żeby zainspirował nas swoim duchem. To wszystko miało magiczny wpływ na nasze późniejsze granie. Zapamiętam też koncert w Carnegie Hall w Nowym Jorku, w najsłynniejszej sali świata. Zrobiła na mnie duże wrażenie. Wszędzie zresztą spotykaliśmy się z niezwykle ciepłym przyjęciem. Byliśmy w końcu orkiestrą, którą on wybrał. Zdarzało się kilka razy, że oklaskami wywoływano na scenę, po koncercie, nie tylko solistę, ale nas wszystkich - całą orkiestrę. Czy dziś masz jeszcze ochotę słuchać koncertów Chopina? - Dopiero teraz zakochałam się w tych koncertach. Wcześniej miałam do nich obojętny stosunek. Rzadko je grałam, jeszcze rzadziej słuchałam. Wykonanie z Zimermanem jest dla mnie tak piękne, że często włączam je teraz dla odreagowania utworów, które aktualnie gram. Projekt związany z Polską Orkiestrą Festiwalową już się zakończył. Czy jest szansa, że będziesz jeszcze kiedyś współpracować z Zimermanem? - Chodzą słuchy o jego kolejnym projekcie. Dostałam list od jego agenta, w którym wyraża nadzieję, że będę mogła w nim uczestniczyć. Bardzo bym chciała. Uczestnictwo w Polskiej Orkiestrze Festiwalowej było dla mnie nie tylko pracą, ale raczej przygodą. Coś takiego mogłabym robić stale. To niesamowite uczucie pracować z kimś takim i w gronie tak wspaniałych muzyków. Nadal utrzymuję stały kontakt z tymi ludźmi i mam nadzieję, że kiedyś znowu będziemy razem grać. Dziękuję za rozmowę.
Źródło: GW